Chcesz być powiadamiany? Pisz na 2862218! :)
<< Tytuł: >>
<< Powstało: piątek, 2 lipica 2010 >>
<< O godzinie 12:52:15 >>
<< komentarze [3] >>
Kochani!
Rozdział tutaj pojawi się za jakiś czas, gdy odzyskam wenę co do postaci Tom'a.
Póki co, znów zajęłam się czasami huncwotów.
Zapraszam na:
za-czasow-huncwotow.mylog.pl :)
komentarze [3]
<< Tytuł: 3. "Zasłużył... Zasłużyli..." >>
<< Powstało: poniedziałek, 22 września 2008 >>
<< O godzinie 14:34:33 >>
<< komentarze [14] >>
Wszyscy siedzący w pomieszczeniu wytrzeszczyli oczy. Rudowłosa Cornelia spojrzała na Riddle’a zaciekawionym wzrokiem i przechyliła głowę w bok. Nie miała pojęcia, w co on pogrywa, ale bardzo chciała się tego dowiedzieć. Myśli przelatywały przez jej głowę z zawrotną szybkością.
- Dlaczego akurat tę posadę…? A nie na ten przykład zaklęcia, czy eliksiry...? – spytała uprzejmie, z lekką drapieżnością w jej aksamitnym głosie. Położyła dłoń na stole i zaczęła bardzo powoli stukać w niego swoimi długimi paznokciami.
- Droga Cornelio… W dzisiejszych czasach, gdy szerzy się coraz więcej dziwnych wypadków, musimy uczyć dzieci i młodzież jak bronić się, przed złowrogimi atakami, nieprawdaż…? Zwłaszcza, że ludzie w wieku szkolnym są bardzo podatni i łatwiej wszystko przyswoją. Jestem pewien, że umiałbym swobodnie pokierować nimi i ich wiedzą. – Tom wbił swoje czarne oczy w postać rudej dziewczyny, uśmiechając się lekko, co ona ze zmuszeniem wręcz odwzajemniła.
- To bardzo dorosłe z Twojej strony. Jednak będę się upierała, że każda posada w Hogwarcie jest tak samo ważna. – odpowiedziała i odwróciła głowę w stronę profesora Dippet’a. – A teraz przepraszam państwa na chwilę. Pragnę przejść się. Wieczór jest piękny. Ojcze, mogę?
- Oczywiście. Tom, byłbyś tak miły…?
- Naturalnie. – wstał sztywno, ukłonił się lekko i wziął dziewczynę pod rękę, słysząc jej ciche syknięcie.
~~~
Księżyc oświetlał rude włosy dziewczyny. Jej oczy błyszczały w jego blasku. Usta wykrzywiły się w grymasie.
- Możesz już mnie puścić. – wyszeptała jadowicie i wyrwała swoją rękę. Spojrzała na niego z najwyższą obrzydliwością.
- Naamah… Naamah… Sprawiajmy chociaż pozory, że się tolerujemy. Jesteś bardzo trudną osobą, tyle jestem w stanie Ci powiedzieć. Poza tym… Wiem, kim dla Ciebie jestem. Wiem. I Ty też wiesz, że do końca życia tego nie zmienisz. – uśmiechnął się pod nosem i wejrzał na nią z ukosa.
- Niby kim? – prychnęła pogardliwie i odpaliła z gracją papierosa. Zieleń jej oczu była przytłumiona przez ciemność nocy.
- Wszystkim, Naamah. Wszystkim.
- Chyba sobie kpisz! – zbulwersowała się i przyspieszyła kroku.
- Wiesz, że nie. Wiesz o tym doskonale. Mówisz o mnie i myślisz o mnie. Każdego dnia. Każdej nocy. No, nie kryj tego. – złapał ją w talii. Nastąpiła natychmiastowa reakcja. Biała jak alabaster dłoń spoliczkowała go automatycznie.
- Uderz mnie jeszcze raz… Uderz… - wysyczał jej wprost do ucha. Cornelię przeszedł zimny dreszcz wzdłuż kręgosłupa. Nie dała tego po sobie poznać, jednakże sparaliżowało ją. – Jesteś małą dziewczynką, nic mi nie zrobisz. Nic. Jesteśmy w dzielnicy, gdzie mieszkają sami czarodzieje. Mogę tu użyć magii, jeśli nie jesteś tego świadoma.
- Grozisz mi?
- Tak. To takie podniecające… - jeszcze raz złapał ją w pasie. Poczuła jego oddech na swojej szyi. - Bo jedna chwila rozpala iskrę w płomień. Zmienia się świat, zasłania oczy ogień. Nie możesz poznać jak smakuje moment, kiedy człowiek gra przeciwko sobie… - wiedział, że serce chce jej wyskoczyć z klatki piersiowej. Sam nie myślał, po co to robi. Czuł w nozdrzach dym papierosowy. Odwrócił ją do siebie. Milczała. Miała spuszczoną głowę. Była tak zakłopotana. Ucieszył się. Ucieszył się, że każdego potrafi doprowadzić do takiego stanu. Nawet ją. Zbliżył swoją twarz do jej twarzy, aby jeszcze bardziej podsycić jej pożądanie. „No, Naamah. Tego właśnie chcesz. Tak…” – pomyślał w momencie i obserwował jej reakcję. Nic się nie działo. Rzuciła papierosa na ziemię. Teraz dało wyczuć się słodką nutę lawendy pomieszanej z wanilią. – Pragniesz mnie. Przyznaj to przed samą sobą, Cornelia. Przyznaj… To nic nie boli… - podniosła głowę w górę. Spojrzała w jego czarne oczy. Widział znów to sztuczne obrzydzenie. Miał ochotę się roześmiać. „Wszystkie są takie same.” Zbliżył swoje usta do jej ust. Poczuł jej gorące wargi. Pocałował ją. Na początku delikatnie, prawie w ogóle nie poruszając szczęką. Potem odważniej i odważniej. Powoli zaczęła oddawać tę namiastkę namiętności. Bardzo powoli. Wepchnął jej język do ust. Igrali ze sobą. Oboje skąpani od stóp do głów w nienawiści. Miał ją w garści. Tak, jak może mieć każdą inną. Nie mieli jedynie pojęcia, że z okna domu wychodzącego na drogę polną obserwowała ich Agnes. Cornelia odepchnęła go. Jednym, mocnym ruchem.
- Co Ty sobie wyobrażasz, cholera jasna?! Nigdy więcej się do mnie nie zbliżaj. Nigdy więcej mnie nie dotykaj. Nigdy więcej nic do mnie nie mów. Jesteś bezczelny, złośliwy i wredny. Nigdy tu nie przychodź. Daj mi spokój. Daj mi święty spokój. I nie myśl, że chciałam tego, co przed chwilą się stało. – słowa wypływały z jej ust z szybkością wystrzelanych naboi z karabinu. Na jej policzkach pojawiły się dwa szkarłatne rumieńce.
- A nie chciałaś? Chciałaś, chciałaś. – uśmiechnął się ironicznie. Dziewczyna jedynie machnęła ręką i zawróciła do domu.
~~~
Nieśmiałe promienie słoneczne wpadały powoli do pokoju Toma Marvolo Riddle’a w sierocińcu. Rozświetliły bladą twarz. Otworzył oczy. Rozejrzał się. W kącie stała stara szara, w której kiedyś trzymał swoje „skarby”. W drugim kącie było lustro, a koło niego obdrapane, drewniane biurko, na którym leżał zapisany do połowy pergamin. Koło wąskiego łóżka znajdował się spakowany kufer. Koło drzwi wisiał schludny strój, przygotowany do wyjazdu do Hogwartu. - Dzisiaj wracam do domu. – powiedział, a jego oczy zabłyszczały. Czarne włosy, ułożone w nieładzie artystycznym domagały się wręcz uczesania przez grzebień, szczotkę, czy cokolwiek, co mogłoby je przywrócić do normalnego stanu. Po piętnastu minutach porannej toalety zarzucił na siebie ubranie, chwycił kufer w ręce, złożył pergamin w kostkę, spojrzał jeszcze na znienawidzony przez siebie pokój i wyszedł z westchnięciem ulgi i wolności, wspominając to, co uczynił w te wakacje. Jego usta wykrzywiły się w drwiącym uśmiechu. – Zasłużył… Zasłużyli…
~~~
Krótkie, wiem, ale zmieniałam tą notatkę dwa razy. Dzisiaj pewnie coś jeszcze napiszę. PEWNIE, nie na pewno, ale nie wiem, czy wstawię. Mam nieco mieszane uczucia do tego, jak odtwarzam postać Voldemort’a. Poza tym setny raz wszystkich przepraszam za moje obietnice bez pokrycia, za wszystko. Miłego czytania powinnam życzyć na początku, ale jak ze wszystkim się spóźniam, więc...
komentarze [14]
<< Tytuł: 2. "Bardzo interesuje mnie posada nauczyciela obrony przed czarną magią…" >>
<< Powstało: czwartek, 7 lutego 2008 >>
<< O godzinie 21:38:19 >>
<< komentarze [18] >>
Witam Was. Wracam z notką. Podzieliłam ją na trzy rozdziały, bo zajmowała 9 stron word'a, a wklejam teraz trzy. Przepraszam za ciszę. Szczerze mówiąc, to nawet nie miałam ochoty wchodzić tutaj. Zapomniałam... Naprawdę szczerze przepraszam i z ręką na sercu OBIECUJĘ POPRAWĘ. Miłego czytania, chociaż ten rozdział uchodzi wg mnie za nadzwyczaj nudny. Pozdrawiam :).
~~~
Ciemne oczy chłopaka zwęziły się w szparki, a usta wykrzywił grymas. Wyglądał nienaturalnie. Zniknęła jego słodkość, przymilność. Łagodność ustąpiła miejsca złości, poirytowaniu. Młodsza Naamah zdziwiła się na tą reakcję. „Przecież nie widzieliśmy się tyle czasu i jest zły… Na mnie? Co mu ta suka nagadała?!” – pomyślała i przeniosła wzrok na Cornelię, która uśmiechała się teraz z wyraźnym tryumfem w oczach. Podniesiona jedna brew świadczyła też o lekkim rozbawieniu całą sytuacją.
- Mamo, Agnes mi powiedziała, że Riddle jest jej chłopakiem. No, siostrzyczko. Może czas wreszcie przedstawić wybranka życiowego rodzicom, hm? – zapytała rudowłosa, unosząc lekko głowę w górę, co świadczyło o jej wyższości. Rodzicielka obu dziewczyn patrzyła zdziwiona po córkach, zupełnie nieświadoma świętej wojny.
- J-ja? Ja tak nie m-mówiłam. Tom, nie wierz jej. Mamo! – krzyknęła Agnes, rozglądając się z wielkim poirytowaniem i wstydem po murach Dziurawego Kotła. Jej blada skóra nabrała odcień różu.
- Najdroższa przyjaciółko. – syknął Riddle zimnym, wysokim głosem. – Nie tłumacz mi się. Porozmawiamy niebawem, w drodze do Hogwartu. Sama musisz wyjaśnić mi pewne kwestie. Natomiast panią, pani Naamah, bardzo przepraszam za całe to zamieszanie i z czystym sumieniem mówię, że przykro mi, iż poznaliśmy się w tak nieprzyjemnych okolicznościach. Żywię jednak nadzieję, że będę miał okazję zrekompensować się w pani oczach. – dokończył z niepewnym, aczkolwiek czarującym uśmiechem, który rozczulił matkę dwóch nienawidzących się wzajemnie sióstr.
- Tomie. Może zechcesz pojawić się u nas jutro na kolacji? – zapytała całkiem spontanicznie pani Naamah i próbowała chłopaka zachęcić obiecującym spojrzeniem ciemnych, ładnych oczu.
- Bardzo bym chciał, aczk…
- Mieszkamy na Breaker’s Street, to jest na północ stąd. Prawie na obrzeżach miasta. Na tej ulicy mieszkają sami czarodzieje, więc na pewno o niej słyszałeś. Numer domu to 13. Bądź u nas o 17:00. Poznasz mojego męża, a ojca Cornelii i Agnes, to bardzo ważna osobistość w ministerstwie. Pełni funkcję starszego sekretarza ministra. I będzie też sam minister. – chwyciła go obiema delikatnymi, białymi jak alabaster dłońmi za jego dłonie i nie zauważyła cienia obrzydzenia, jaki przeszedł przez twarz młodzieńca. I to bynajmniej nie przez wygląd pani Naamah, bo to piękna kobieta, a przez tak bliski kontakt z drugim człowiekiem. Zawsze nienawidził takich scen, ale faktycznie, to spotkanie mogłoby być obiecujące i procentujące. W przyszłości, oczywiście.
- No więc dobrze, proszę pani. Przybędę z największą ochotą. Tymczasem muszę Was pożegnać. – ucałował dłoń matek dziewczyn. – Do zobaczenia. – podszedł do Agnes i jego oczy znów zwęziły się na chwile. – Do jutra. – ostatnia została Cornelia, która spojrzała z wyższością i wyraźną pogardą jak i dezaprobatą na chłopaka. – Do zobaczenia. – powiedział, ukłonił się lekko i skierował szybko swoje kroki w stronę sierocińca.
- Przeuroczy chłopiec.
- Mamo, to wcale nie jest przeuroczy chłopiec, tylko żałosny wyrostek, który dba tylko o własne ego. Jest okropny, samolubny, osierocony, brzydki, głupi… - Agnes, która tego nie wytrzymała, krzyknęła po chwili z purpurowymi od złości policzkami:
- Zamknij się! Sama mu zazdrościsz! Osiągnięć w nauce najbardziej!
- Ho, ho, ho. Jesteś najmniej odpowiednią osobą, która powinna zaczynać temat o jakichkolwiek osiągnięciach, Guło! – prychnęła Cornelia i podeszła w stronę matki, która miała bardzo zniecierpliwiony wyraz twarzy przez tą całą sytuację.
- Guło? Guło?
- Och, przepraszam, Agnesio, ale kto za każdy egzamin zbiera same nędzne? Już o podlizywaniu się do nauczycieli nie wspomnę. Poza tym, skoro w Twoim mniemaniu Riddle jest taki święty, to czemu Ci nie pomoże w nauce, hm? Bo jest sa-mo-lub-ny. Samolubny. – wysyczała rudowłosa i odeszła szybkim krokiem, z płaszczykiem przewieszonym przez rękę. – Wracamy do domu, mamo?
- Tak, wracamy. Będę musiała z wami poważnie porozmawiać. – powiedziała pani Naamah i obejrzała się z zaciętym wyrazem twarzy na Agnes, której wściekłość sięgała zenitu.
~~~
Cornelia siedziała na dużym tarasie i obserwowała sierpniowy zachód słońca. Pomarańczowa poświata zalała cały ogród państwa Naamah, a promienie igrały wesoło w rudych włosach dziewczyny, sprawiając wrażenie płonących. Zielone oczy patrzyły znudzone w nieokreśloną dal. Myśli krążyły wokół dzisiejszego spotkania, słów siostry, reakcji Riddle’a, zaproszenia go na kolację przez jej matkę. „Czysty absurd. Mam nadzieję, że uda mi się uniknąć tego spotkania, chociaż to niemożliwe. Matka zachowuje się tak, jakby chciała go ze mną zeswatać!” – myślała gorączkowo dziewczyna, a między jej brwiami pojawiła się mała zmarszczka. Już wymyślała za i przeciw. Wyobrażała sobie, jak będzie się musiała zachować. Przy ojcu nie może sobie pozwolić na dużo, więc będzie musiała być miła. Zwłaszcza, że zaprosili ministra. Obrazić Riddle’a też nie wypada, bo przecież to ich gość. Dopiec Agnes również nie można, bo mimo iż to ona, Cornelia, jest pupilką rodziców, to jutro będą zgrywać szczęśliwą rodzinkę, bez wyróżnień. Nie, ona tam nie wytrzyma. Trudno, wyjedzie do znienawidzonej ciotki, pójdzie na spacer, „zachoruje”, ale zrobi coś, by nie było jej na tej kolacji. Nie może jej tam być. Dla większego dobra, po prostu.
- Ty suko, ty pieprzona, cholerna, ruda suko… - syknęła nad uchem zielonookiej jej ukochana siostra, która wyszła popatrzeć na zachód słońca. Podeszła do barierki i oparła się o nią, a Cornelia wstała. – Myślisz, że przy matce będziesz sobie mną gębę wycierać, tak? Myślisz, że doprowadzisz do tego, że Tom mnie znienawidzi? Myślisz, że mi go odbijesz? Myślisz, że popsujesz jutrzejszą kolację?
- Skarbie, gdzie twoje maniery? Gdzie twoja kultura? Coraz częściej pękasz. Swoich nerw nie trzymasz na wodzy. A wiesz, że psychicznie chorzy nie umieją zapanować nad sobą? Cóż… Twierdzisz, że wycieram sobie tobą gębę… Słonko najukochańsze ty moje… Brzydziłabym się. Mówisz, że doprowadzę do tego, że Riddle cię znienawidzi. Hmm… Nie będę musiała. Sam się przekona, co z ciebie za ziółko i niepotrzebna będzie w tym moja szprycha, choć, oczywiście po kryjomu, będę się temu przyglądać. To będzie świetne. A… I myślisz, że ci go odbiję? Ja nie jestem nim zafascynowana tak jak ty, w ogóle nie jestem, to dla mnie debil, więc to niemożliwe. Poza tym, nie odniosłam wrażenia, byście byli razem. Co do kolacji… Nic nie chcę psuć i nie popsuję, bo mnie na niej nie będzie… - powiedziała z tryumfem w oczach Cornelia. Ukazała siostrze swoje całe, białe uzębienie i uniosła brew w górę. – Ojej… Zamilkłaś! Zdziwiona, że jesteś nikim? Że dla mnie, to wiedziałaś, że dla rodziców, to wiedziałaś, a że dla niego, to dowiedziałaś się dopiero dzisiaj. – czarnowłosa nie wytrzymała i rzuciła się z pięściami na siostrę. W tym momencie na taras wszedł pan Naamah. Jego twarz wykrzywił grymas złości. Zieleń oczu ojca obu dziewczyn strzelała w tym momencie iskrami, a „spokój” wieczoru, przerwało głośne, tubalne: „Natychmiast przestać!”
Nastolatki stały na wprost siebie, dysząc ciężko.
- Agnes, czemu rzuciłaś się na siostrę?! – zapytał, ciągnąc dziewczynę za łokieć do wnętrza domu, by sąsiedzi, którzy na pewno widzieli i słyszeli więcej niż powinni, nie mieli już więcej powodów do plotek.
- Bo ona mnie wyzywała, że jestem nikim! Bo wyzywała mnie! Po prostu! Mówiła, że… że… że jestem psychicznie chora! A nie jestem! Przecież wiecie! – krzyknęła Agnes, a czerń jej oczu omiatała cały pokój. Ze zdenerwowania nawijała na długie, białe palce, ciemne kręcone kosmyki.
- Nie wierzę w to! Nie kłam! Nie pogrążaj się! Jutro narobisz nam wstydu przed panem Riddle’em, ministrem i dyrektorem Dippet’em. Co tu z tobą niesforne dziewczę zrobić…
- Tato, ona jest niezrównoważona. Sądzę, że powinni ją od zaraz wziąć do Świętego Munga na obserwację. Naprawdę martwię się o nią. Nie wiedziała co robiła. Była jak w transie. Nie wiem, co takiego powiedziałam, co ją wyprowadziło z…
- Zamknij się szmato! – wrzasnęła przeraźliwie głośno Agnes, podbiegając z wyciągniętymi rękoma do siostry.
- Cornelia, masz rację. Idź po matkę. – powiedział pan Naamah i jednym zaklęciem uciszył córkę, drugim obezwładnił, a trzecim ułożył spokojnie na kanapie i spojrzał na nią obrzydliwym wzrokiem. Nie zauważył spojrzenia rudowłosej dziewczyny, która teraz uśmiechała się pogardliwie do czarnych oczu siostry, które wbiły się w nią od razu…
~~~
Kolacja już dawno się zaczęła, Riddle był czarujący, Cornelia miła, pani Stephanie i pan Richard byli nadzwyczaj uprzejmi, minister dziwił się inteligencją rudowłosej Naamah i Tom’a, a profesor Dippet wychwalał ich obu, dolewając sobie co chwila do kieliszka miodu pitnego.
- … a zwłaszcza Tom. Nie miej mi tego za złe, Cornelio, oczywiście ty też jesteś bardzo zdolną czarownicą, ale chodzi mi tutaj o zdolności przywódcze. Meladiusie, czy nie przewidywałbyś w przyszłości posady dla tego młodego człowieka w ministerstwie? – spytał obecny dyrektor Hogwartu, wbijając jasny wzrok w starszego, łysiejącego czarodzieja.
- Owszem, przewidywałbym. Chciałbym nawet, aby po mojej śmierci piastował mój urząd.
- Och, proszę pana, niech pan tak nawet nie mówi… Nie jestem godzien. Nie wiem, czy bym się nadawał. - powiedział Riddle, udając skromnego, choć w duchu czuł się mile połechtany słowami tych dwóch ważnych czarodziei. – Zresztą… Ja jednak widzę swoje miejsce w Szkole Magii I Czarodziejstwa. – Dippet zrobił dość duże oczy i przechylił lekko głowę, lepiej przyglądając się nastolatkowi.
- Kontynuuj chłopcze…
- Bardzo interesuje mnie posada nauczyciela obrony przed czarną magią…
~~~
Podobało się? Czekam na szczere opinie. Na krytykę również. Chciałabym wiedzieć, nad czym mam pracować, co zmieniać. Po prostu naszły mnie chęci.
komentarze [18]
<< Tytuł: Szpital. >>
<< Powstało: piątek, 28 września 2007 >>
<< O godzinie 14:53:58 >>
<< komentarze [7] >>
W ubiegłą środę, tj. 19.09 wylądowałam w szpitalu, a dwa dni potem miałam operację. Dziś wróciłam do domu. Dowlokłam się do komputera. Nową część piszę na laptopie i na zapas ostrzegam. Będzie długa. :). Jak będę miała więcej siły i part'a w całości, to usiądę TU znowu i to wkleję, a na razie po prostu z łóżka się nie wynurzam, bo rana się zarasta, boli, a komputer męczy. Pozdrawiam. :)
komentarze [7]
<< Tytuł: 1. Nie zamierzam służyć za obiekt twoich chorych badań. >>
<< Powstało: czwartek, 30 sierpnia 2007 >>
<< O godzinie 18:55:47 >>
<< komentarze [5] >>
Ciemnowłosy chłopak siedział na ławce w pobliskim parku, niedaleko sierocińca, przeglądając "Proroka Codziennego". Długie, białe palce zaciskał na poręczy. Jego czarne, ładne oczy przesuwały się od lewej do prawej strony, uważnie śledząc tekst artykułu, którego zdjęcie dano na okładkę.
"MORFIN GAUNT ZESŁANY DO AZKABANU ZA MORD NA TRZECH MUGOLACH!
Ralph Madison donosi: W dniu wczorajszym Ministerstwo Magii aresztowało syna zmarłego w Azkabanie Marvola Gaunt'a pod zarzutem dopuszczenia się mordu na trzech mugolach. Oskarżony przyznał się dziś do zbrodni, którą mu przypisano i został zesłany do więzienia czarodziejów bez procesu. Pracownik Ministerstwa Magii, Bob Odgen, którego wysłano do posiadłości Gaunt'ów prawie szesnaście lat temu twierdzi, że Morfin już wtedy jawnie przejawiał niechęć do mugoli oraz czarodziejów nieczystej krwi.
"Kiedy przybyłem do ich domu 'powitał mnie' Morfin. Mówił w języku węży, więc nie rozumiałem go, ale wiedziałem jedno - nie był mile nastawiony, a mimo to musiałem wypełnić powierzone mi zadanie. Wkrótce trafił mnie zaklęciem i szedł w moją stronę z nożem w ręku! To było potworne. Myślałem... Myślałem, że mnie zabije! Zapomniałem nawet, że mam różdżkę w ręku. Sparaliżowało mnie! Cieszę się, że ten człowiek jest już w Azkabanie, ale przeraża mnie jedno - za co go tam umieszczono".
Z tego, co udało mi się dowiedzieć, Morfin Gaunt opisał szczegółowo mord, którego dopuścił się dwa dni temu, a opowiadał o tym rozmarzonym tonem z bardzo rozanieloną miną. Po chwili zaczął się zachowywać jak szaleniec.
Uzdrowiciele podejrzewają, że po zdemaskowaniu go, jak ta prawda do niego dotarła, Morfin postradał rozum. Mówiąc wciąż "Ojciec mnie zabije, jak dowie się, że zgubiłem pierścień, zgubiłem pierścień. ZGUBIŁEM PIERŚCIEŃ!" Gaunt'a zamknięto w jego celi. O jaki pierścień chodziło? Do tej pory nikomu nie udało rozwikłać się tej zagadki. Podejrzewamy jednak, że musiała być to jakaś bardzo ważna pamiątka. Najwyraźniej przekazywana od wieków coraz to nowszym pokoleniom. Warto wspomnieć, że rodzina Gaunt'ów była ostatnimi potomkami Salazara Slytherin'a, jednego z czterech założycieli Szkoły Magii i Czarodziejstwa Hogwart. Wiadomo już, że skoro Morfin Gaunt umieszczony został w Azkabanie - żadnego dalszego śledztwa już nie będzie.
Dziękuję, do napisania!
RALPH MADISON. "
Tom Marvolo Riddle zaśmiał się drwiąco, spoglądając na pierścień znajdujący się na wskazującym palcu jego prawej dłoni. Schował gazetę głęboko w kieszeń czarnego fraka, w którym zwykł chodzić i wstał z ławki, kierując się w stronę miasta, skąd zamierzał udać się do Dziurawego Kotła. Jego czarne włosy powiewały lekko na letnim wietrze, a ciemne oczy lśniły jakimś nienaturalnym blaskiem. Zwracał swoją osobą uwagę mugolek przechodzących ulicami Breather Street, ale niezbyt go to obchodziło. Pogrążony w dzikiej euforii, wspominając to, co uczynił przed niespełna trzema dniami, napełniało go nieznaną nikomu, niewidoczną energią i siłą. Idąc sprężystym krokiem przed siebie, przyspieszył. Lewy kącik jego ust natychmiastowo powędrował w górę, gdy pod Dziurawym Kotłem spotkał Cornelię Kate Naamah, która siedziała na ławce. Obserwował ją przez chwilę. Jej rude włosy opadały lekko na wątłe ramiona, zakryte przez zielony sweter, świetnie dobrany do koloru jej oczu. Długimi paznokciami, pomalowanymi na czarno, stukała o okładkę książki, którą miała na swoich kolanach. Po krótkiej chwili wyjęła z płaszczyka leżącego obok paczkę waniliowych papierosów. Wyciągnęła jednego i zapaliła. Zaczęła stukać obcasem czarnych butów i spojrzała w lewo, gdzie stał Tom. Jej zielone oczy zwęziły się w małe szparki. Ostentacyjnie odwróciła głowę w drugą stronę i wypuściła dym z ust.
- No, no, no... Grzeczniutka dziewczynka się buntuje. Nieładnie, Naamah. - zadrwił Tom. Rudowłosa zmierzyła go obojętnym wzrokiem i zaciągnęła się.
- A co ciebie obchodzi, czy buntuję się, czy nie? Nie znasz mnie Riddle i zapewne nie poznasz, więc nie wtykaj swojego nochala w moje prywatne sprawy, bo mogę się za to niezbyt miło odpłacić, wiesz, Skarbie? - czarnowłosy wykrzywił się, gdy usłyszał to jakże "pieszczotliwe" słowo w ustach dziewczyny. Odgarnął długimi, białymi palcami czarne kosmyki z czoła i wyprostował się.
- To moja sprawa, co robię. Moja sprawa, czy cię poznam, czy nie, bo jeżeli zechcę, to to zrobię. A poza tym nie sądzę, abyś coś mogła mi zrobić. Dobra, a tak nawiasem mówiąc... Gdzie zgubiłaś siostrę?
- Nie twój interes! Wiem, że wałęsa się z tobą i twoją jakże popularną bandą, siejąc panikę wokół szlam, żeby się tobie przypodobać, a nie dla własnych zasad jak ja to robię. Więc... Przez ten jej mały błąd ty na tym ucierpisz, bo nie pozwolę wam się dzisiaj spotkać. A co... Tęsknisz za nią? - zapytała ironicznie, a jej prawa brew powędrowała do góry. Zaśmiała się drwiąco i zamknęła oczy.
- Nie. Po prostu ciekawi mnie, gdzie podziewają się moi przyjaciele.
- Ach! Więc Agnes jest dla ciebie tylko przyjaciółką? - Cornelia zaczęła się triumfalnie uśmiechać i nakręcać sobie kosmyk włosów na wskazujący palec lewej ręki.
- Oj, Naamah, Naamah. Nadal nie zrozumiałaś mojej poprzedniej wypowiedzi? Może jesteś głucha? A może... Zazdrosna? Może chciałabyś być na jej miejscu i być sławna w szkole jak ona?
- Nie obrażaj mnie. - powiedziała z pogardą i zmierzyła go sceptycznym spojrzeniem. - Brzydzę się tobą, Riddle. Mam cię gdzieś i jesteś ostatnią osobą na ziemi, o którą byłabym zazdrosna. Po prostu jestem ciekawa, dlaczego kłamiesz. Agnes opowiadała mi o waszej jakże wspaniałej zażyłości.
- CO?!
- Zdziwiony, że wiem? Czy zdziwiony, bo nie wiesz, że rozpowiada o was takie rzeczy? Cóż... - zaśmiała się drwiąco i zgasiła papierosa. Chwyciła płaszczyk, wstała z ławki i stanęła na wprost chłopaka.
- Ja nigdy z nikim nie byłem, a już tymbardziej z twoją siostrą. Nie przesadzaj, Naamah i nie zmyślaj więcej historyjek a'la Augustyna Lovegood, aby mi się przypodobać. - uśmiechnął się ironicznie i spojrzał na nią z góry. Lekkie rumieńce wkroczyły na jej twarz.
- Mówisz, że ta twoja banda to twoi przyjaciele. Skoro tak, to dziwię się, doprawdy, że nie poznałeś się jeszcze na Agnes. Jakbyś nie wiedział, że lubi zdobywać facetów. Ty jesteś jej celem. Czeka na ciebie. Nie zauważyłeś, jak inni szepcą za twoimi plecami, że jesteście parą? Hmm... A dlaczego to robią? Dałeś im powód? Nie. Kto to rozpowiedział? Jeżeli nadal sądzisz, że mówię jak Augustyna, to lepiej wysil swój mózg i zmuś go do myślenia! - ruda zabrała paczkę papierosów z ławki i włożyła ją znów do kieszeni płaszczyka. Odwróciła się od chłopaka. Zarzuciła długimi włosami, które uderzyły go w twarz i zamierzała odejść.
- Zostań, Naamah. Dobrze jest patrzeć, jak się denerwujesz. I pomyśleć, że to ja jestem jego sprawcą. Hmm... Poćwiczę sobie na tobie. Cóż. - trzymał ją za łokieć, a w jego oczach w ułamku sekundy pojawił się czerwony błysk, który w momencie zniknął.
- Nie zamierzam służyć za obiekt twoich chorych badań. Puść mnie!
- Cornelia. Wracamy do domu. - powiedziała matka owej dziewczyny i zmierzyła Tom'a zaciekawionym spojrzeniem, tak samo jak i córkę. Chłopak podchwycił to i skierował się w jej stronę.
- Tom Marvolo Riddle. - musnął lekko ustami białą jak alabaster skórę na dłoni pani Naamah i spojrzał w jej czarne oczy. - Miło mi.
- Jesteście w tym samym domu? - zapytała i uśmiechnęła się lekko.
- Tak mamo. Opowiadałam ci o Tom'ie. - zza drzwi Dziurawego Kotła wyszła Agnes. Czarne, kręcone włosy powiewały na letnim wietrze, a bardzo ciemne oczy zalśniły na widok chłopaka, którego twarz przybrała była napięta przez buzujące w nim zirytowanie.
~*~
Przełamałam lody. Pierwszą notkę mam już za sobą. Mam nadzieję, że nie jest najgorsza. :) Pozdrawiam. Jak ktoś chce być informowany o news'ach, niech pisze na mój specjalny numer GG: 2722390. Pozdrawiam :)
komentarze [5]
<< Tytuł: Ogłoszenie nr I >>
<< Powstało: piątek, 3 sierpnia 2007 >>
<< O godzinie 23:49:46 >>
<< komentarze [6] >>
A więc wróciłam.
Pokasowałam wszystkie dotychczasowe notki.
Raport:
Bloga założyłam: 2.02.2006.
Pierwsza notka powstała: 8.04.2006
Łącznie notek było: 11.
Uzbierałam: 171 komentarzy.
Ostatnia notka: 25.07.2007
Tak. Zaczynam od nowa. :)
komentarze [6]
● Graphic by Cornelia Naamah ●
◊ HTML by Cornelia Naamah ◊
∆ ONLY For: Cornelia Naamah & Tom Riddle ∆